Informacje o autorce

Katarzyna Zygadlewicz maluje – jak to określa – w punkcie ciszy, a więc w okresach przełomowych, gdy nawarstwi się tyle przeżyć, doznań, przemyśleń, że musi to wszystko eksplodować. Zamyka się wtedy na długie tygodnie w pracowni. Maluje od jednego uderzenia… pędzla, szpachli, dłoni.
Pierwsze jej obrazy powstały jeszcze przed studiami na poznańskiej WSSP (dzisiaj ASP) w Maroku. Po studiach fascynował ją rysunek, znak, kaligrafia. Podjęła eksperymenty z papierem. Zrealizowała cykl „Rysunki Wielokrotnie Prane”. Kreśliła węglem; używając tuszu – zdecydowanie, mocno patykiem, piórkiem, albo szpachlą lub nożem. Wyraźnie zaistniała na wystawach tzw. nowej ekspresji, później ekspresji lat 80.

Ideą tworzonych przez nią sztandarów „Koniec wieku – spotkanie kultur”, była myśl zbliżenia kultur i religii. Setki metrów płócien zapisywała gęsto znakami i symbolami. Niczym wielkie obrazy powiewały one na wietrze podczas Tygodnia Kultury Polskiej w Niemczech, w kolegiacie w Wolgast, w podpoznańskich Brodach, w Oleśnicy, w poznańskiej Galerii „U Jezuitów”. Zwieńczeniem cyklu był „Sztandar Pojednania” (15×28m), przygotowany na milenium Wrocławia.
Od 8. lat Katarzynę zajmuje głównie malarstwo. Ewoluowała w nim od graficznego zarysu, delikatnie, poetycko, melancholijnie „owijanego” kolorem, z dominantą błękitu, po obrazy – przełom nastąpił po pobycie w Górach Skalistych i na pustyni w Kalifornii – uderzające całą paletą barw, zmysłowo nasyconych.
Poza ekspresją koloru ważna jest w nich faktura, dynamika kompozycji, ruchu, gestu. Zwłaszcza gdy farbę nakłada szpachlą. Można powiedzieć, iż jest mistrzynią szpachli!
Życiowe zachłanności artystki ujawniają kolejne cykle. Ten poświęcony tańcowi zrodził się po udziale w warsztatach tańca. Niezwykłe, na doznaniu elastyczności, języku ciała budowane akty są także efektem intensywnej nauki tańca. Pierwsze obrazy abstrakcyjne: „Skrzydła aniołów”, „Ogrody Edenu”, „Dmama”, „Każda rzecz ma swoją tajemnicę”, powstały po powrocie z Izraela.
Cykl muzyczny, pokazywany ostatnio w Stanach Zjednoczonych, w Buffalo i Nowym Jorku, jest konsekwencją uwrażliwienia na dźwięki. Maluje wypełniając pracownię muzyką. Jak od uderzenia w perkusję, rytmicznie, z chwili na chwilę powstające obrazy nawarstwiają się do formalnego ich nasycenia. Nie są jednak zapisem dźwięku, ale określonej pozy, pewnego szaleństwa, zapamiętania w twórczym akcie. I chociaż artystka powtarza, iż te najważniejsze obrazy malują się same…, godzinami zdejmuje lub dopełniania warstwy koloru, światła, ale – na tyle tylko, żeby – mówi – obrazu nie zamęczyć. Zawłaszcza, gdy pracuje swoją ulubioną szpachlą!
Grażyna Banaszkiewicz


- Napisane przez: Kasia
- Kategoria: Malarstwo